Sobota, 05 Grudnia, 2020     ostatnia aktualizacja 28-11-2020
 
Odmrażanie barku
 
2020-10-02

Przepraszam, że zacznę od wspomnienia medycznego, lecz w epoce, w której ludzie zamieszczają na fejsie zdjęcia usg swojej wątroby czy nerek, jest ono całkiem niewinne i mało wsobne. Otóż parę lat temu wasz kronikarz zachorzał nie poważnie, lecz męcząco. To znaczy zapadł na tak zwany zespół zmrożonego barku, zwany w łacinie naszych czasów frozen shoulder. Polega on na tym, że ramię staje się nieczynne, ręka traci zasięg i nie można się nawet podrapać w głowę czy w plecy, tam gdzie wiecie. Przyczyna jest nieznana, za najważniejszą podręczniki podają bliżej nieokreślony stress. Podejrzewam, że w moim przypadku stress wynikał z faktu, że dotąd nie napiłem się Romanée-Conti, lecz mniejsza o to.
Odwiedziłem wielu medyków, jeden mądrzejszy od drugiego, zrobiłem za ciężki szmal rezonans magnetyczny, dostałem zastrzyki, wydałem mnóstwo na rehabilitantów. I nic. Wreszcie poszedłem do jeszcze jednego doktora – któremu kłaniam się tu po pas – i zyskałem taką oto poradę: niech pan wszystko rzuci w diabły, lekarzy, zastrzyki i rehabilitacje, pojedzie do Grecji i pije wino, gapiąc się w morze. Tak uczyniłem. Wkrótce po powrocie mogłem się drapać, gdzie dusza czy ciało zapragnie.
Myślę, że moje doświadczenie jest niezłym i aktualnym dowodem na dobroczynne działanie wina – choć w ostatnich czasach wcześniejsze tryumfalne opinie o jego prozdrowotnych właściwościach zostały podważone przez nową fale badań, sponsorowanych głównie przez różne instytucje antyalkoholowe. Więc tym ostatnim mówię: no ale mój frozen shoulder! Na to one: no ale Grecja!  
Obie strony mają rację. Pewnie bez Grecji by mnie nie odmroziło, pewnie bez wina również nie. Cudowne uleczenie było wynikiem przepięknej homeostazy. Nie chodzi o LGBT, chodzi o  równowagę między pejzażem a winem, między ziemią przed oczyma i jej owocem w szkle. Oczywiście związek ten można wyczuć i przeżyć wszędzie tam, gdzie wino powstaje, lecz pejzaż grecki tak ewidentnie, tak naocznie odsyła do pierwocin kultury europejskiej, do początków tego, czym jesteśmy, że nosi w sobie siłę symboliczną, która jest równie kojąca co wino.
Uwagi te są oczywiste, banalne do szpiku kości (w barku zwłaszcza) i chyba wszyscy wracający z Grecji nimi się dzielą; ileż to razy natknąłem się na podobnie rozważania w reportażach i w prozie artystycznej. Ale za każdą wyprawą do Grecji zdarza się ten sam cud: rozkosz bycia/picia. Picia w dodatku tak taniego, że łapiemy się za głowę, porównując ceny z polskimi knajpami.
Względem cen przypominają mi się dwie sceny z innych miejsc, ciągle się śmieję, gdy o nich myślę. Jedna wydarzała się  przed wielu laty na Litwie, gdzie zapalczywie kajakowałem. Któregoś dnia wybrałem się do wiejskiego sklepu na zakupy. Właśnie dojeżdżał do niego na rowerze, wykręcając przedziwne ósemki, długowłosy i nieogolony jegomość. Wyglądał na Angola i był Angolem. Parę minut później wytoczył się ze sklepu z naręczem półtoralitrowych plastikowych butelek piwa i rzucił do mnie: „God, it is so cheap! I can`t belive it!”. I odjechał nieprosto w siną dal.
Inna scenka rozegrała się w hotelu w Augustowie również lata temu. W hotelowej restauracji siedział samotny Fin w otoczeniu 16 butelek piwa. Zapytałem go, poruszony niezdrową ciekawością: „Dasz radę to wszystko wypić?”. Na co usłyszałem: „No, but it is so cheap!”.
No więc w Grecji wino is so cheap. Ale nawet nie ten fakt goni mnie dzień w dzień do tawerny. Lubię w niej jeszcze trzy rzeczy. To, że wine house jest jedynym winem w karcie (a jeśli zdarzają się inne, to nikt ich nie zamawia i kelnerzy traktują ten fakt jak najbardziej naturalnie) oraz to, że po posiłku nikt nie podchodzi z pytaniem, którego serdecznie nienawidzę: „A może tak deserek?”. No i rzecz trzecia: to, że wino pije się ze szklanki.



Lubię to do tego stopnia, że kiedy w jednej z tawern przyniesiono do zamówionego obficie wine house, które nigdy nie widziało butelki, porządne kieliszki, poczułem się nieswój. Coś mi zazgrzytało; pojawił się opór przed powrotem w koleiny rutynowego konserstwa, degustowania, a nie picia; wąchania, rozbioru wina na czynniki pierwsze, a nie przełykania jak leci. Miałem ochotę wykrzyknąć: panie starszy, zabierz pan te kieliszki, poproszę o szklanki albo czarki, ja chcę pić wino jak Sokrates i Arystoteles, jak grecki filozof lub grecki chłop!
W krajobrazie, gdzie co chwile widać na podwórze amfory, gdzie drzewa oliwne mają po killkaset lat i nikt się tym nie przejmuje, cała nowoczesna strona wina wydaje się nagle zbędna. Jest to nieco niebezpieczne, zwłaszcza, kiedy pisze się o winie, więc na koniec pobytu lecę do sklepu kupić jakąś flaszkę, by tym sposobem powrócić mentalnie do profesji. Pojawiło się tylu nowych, ciekawych producentów, że tematów do pisania nie zabraknie; niektóre wina są fantastyczne, nie tylko z Santorini, a nawet: już nie z Santorini. Nawet ta odwieczna, wielkonakładowa, niemal przemysłowa Ramnista, która nigdy nie zawodzi, warta jest więcej, niż tych swoje 13-14 euro. Lecz o tym innym razem.
Teraz usiłuję sobie przypomnieć, o czym dumałem, odmrażając bark na brzegu morza, popijając ze szklanki wino? O glębokiej wiedzy doktora Kordasiewicza, o „Uczcie” Platona, o tym, że nigdy nie piłem Romanée Conti, o niebieskim niebie (bo obłoków nie było)? Drapię się w głowę odzyskaną ręką, lecz bij, zabij, nie pamiętam. 

Marek Bieńczyk


Marek Bieńczyk - pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.








Komentarze

Rob - 2020-10-09 14:34:43