Sobota, 04 Grudnia, 2021     ostatnia aktualizacja 03-12-2021
 
Andrzej Prawy Burgundczyk
 
2021-10-31

„Hrabia Tytus Działyński zaczął się chwalić, że ma piwnicę z winami tak sędziwymi, że choćby gość jego był nie wiem jak leciwy, mógł potraktować go winem dwukrotnie starszym od niego. Dodał przy tym, że piwnicę tak nadzwyczajną posiada z następującego powodu: w okresie mediatyzacji (chodzi o proces prawny, który na początku XIX pozbawił niepodległości wiele drobnych państewek niemieckich – MB) księstw biskupich w prowincjach nadreńskich, sprzedano na licytacji nieprawdopodobną liczbę butelek wina, które posiadali panujący biskupi, a które zapieczętowane były herbami właścicieli i opatrzone datą nalania w butelki; hrabia Tytus ani jednej z tych butelek nie odkorkował przez lat nie wiem już ile. Przytoczyłem hrabiemu fakt następujący: w czasie jednej z mych wycieczek do Burgundii, pewien notariusz, u którego obiadowałem, wstał od stołu przy deserze, mówiąc, że udaje się na moją intencję do swej biblioteki. Łamałem sobie głowę, by zgadnąć, co też mógłby mi przeczytać, ale wtem zjawił się z butelką w ręku, pouczając mnie, że prawy Burgundczyk nazywa biblioteką swoją piwnicę; przyniósł mi butelkę Chambertina z roku komety, 1811, ulubiony gatunek Napoleona I. Hrabia Tytus oznajmił przeto, że da mi się napić wina z tegoż roku”.
Władysław Mickiewicz, syn Adama i autor powyższego wspomnienia, był na kolacji u hrabiego Tytusa Działyńskiego w roku 1862. Hrabia otworzył dla niego butelkę zatem pięćdziesięcioletnią, z roku zwanego rokiem komety. Ojciec Władysława wspominał o nim w „Panu Tadeuszu”; 1811, rok, w którym wielki kometa (bo kometa był niegdyś rodzaju męskiego) pojawił się na europejskim niebie, zwiastując – jak wierzono – rzeczy niezwykłe. Także dla wina; rocznik uchodził za nadzwyczajny.
Wspomnienie za wspomnienie. Bo sam chciałbym opowiedzieć o własnym, całkiem świeżym, które ze wspomnieniem Mickiewiczowskim łączy słowo „biblioteka”. I może też słowo „hrabia” - skoro jego bohater pojawia się publicznie w pięknej muszce i stylowym garniturze. A widzieliście kiedyś hrabiego bez muszki? Bo ja nie.


Andrzej Różycki (po lewej) jako oceniający podczas Mistrzostw Polski Sommelierów (fot. Olaf Kuziemka)

Tamtego sierpniowego wieczoru też przybył w muszce i ze swoimi „książkami” wyciągniętymi z biblioteki; biblioteka to przepastna i wielorodna, „książki”, które przed nami i dla nas otworzył świadczyły o niej wybitnie dobrze. Mówiąc inaczej: takiego wieczoru jak ów sierpniowy od dawien dawna nie przeżyłem i tylu świetnych rzeczy nie przeczytałem. Ani ja, ani jego innych dziesięciu uczestników. Owszem, wszyscy byliśmy spragnieni spotkania po tylu miesiącach pandemicznej pauzy; owszem, przyszliśmy z najlepszą wiarą i pełnią przyjaźni dla siebie; owszem, dzień był pogodny, ciśnienie wysokie, i parametry biodynamiczne korzystne, ale to wszystko nie starczyłoby, by wywołać, jak powiada mój kumpel Maciek obecny na wieczorze, „zefirek absolutu”. Tymczasem zawiało, ach, jak zawiało!
Winomani domyślają się zapewne, jaki to hrabia zafundował nam odlot bez lądowania, w naszym małym świecie postać to znana, szanowana i nader lubiana. Jego imię to nie Mickiewiczowskie czterdzieści cztery, to dziesięć. Dziesięć, bo tyle wielkich butelek tamtego dnia zostało podanych. Andrzej hrabia Dziesięć, czyli Andrzej Różycki jest naszym, grupy osób pijącej czasem wspólnie wina, przyjacielem od długich lat. Przeżyliśmy razem wspaniałe chwile i kiedy myślę o darze, jakim jest wino, postać Andrzeja pojawia mi się przed oczyma w pierwszym szeregu. Prezent od losu – warto było w całe to wino trzydzieści lat temu wchodzić. Aby zobaczyć wokół siebie ludzi nagle szczęśliwych; jednych, których przywiodła chwila ulotna, innych, którzy – jak Andrzej – zostali na zawsze.
Ale też Andrzej jest przyjacielem wielu winiarzy, zwłaszcza włoskich i chablisiańskich, członkiem konfraternii, działaczem prowiniarskim,  uczestniczącym jako sędzia lub komentator w sommelierskich konkursach polskich i światowych, pomysłodawcą i założycielem pierwszej u nas profesjonalnej przechowalni win i zarazem wielkim społecznikiem, autorem wielu projektów dla szpitali w jego specjalistycznej domenie (wentylacje, podstawa istnienia szpitali), filantropem, bratem łatą, i najszczodrzejszym człekiem na ziemi.
Trochę obawiałem się tego wieczoru, po półtora roku pandemii, po czasie, w którym wszystko, w tym nasze zmysły, doznały ciężkich bombardowań, uszczerbków, ataków zwątpienia. To mogła być degustacja jak inne, niezła, całkiem dobra, i tyle. To mogła być kolejna degustacja burgundów, która   - jak najczęściej się zdarzało – przy jednej butelce mogła porwać, a przy innej rozczarować; samo pochodzenie niczego w końcu nie gwarantuje, oczekiwania wobec burgundów są wysokie, wręcz zawyżone, a i tu rzeczywistość może zaskrzeczeć, zaśpiewać fałszywym falsetem.
Tymczasem nic z tych rzeczy, nic z rozczarowań i wątpliwości. Anioły ze wszystkich kościółków i opactw romańskich rozsianych po całej Burgundii skrzyknęły się i przyfrunęły nad nasze miasto, by głosić chwałę Pinot Noir i Chardonnay. Piszę ten jeden raz nazwy odmian dużą literą, bo zasłużyły na to. I właściwie na tym kończę to wspomnienie czy, jak kto woli, świadectwo, że cuda się zdarzają. I nie chodzi o samochwalebne „ja tam byłem, ja to piłem, alem sobie przeżył, alem sobie drogich win posmakował”; z pewnością takie wybitne chwile zdarzają się każdemu winomanowi, bez względu na cenę win. Raczej o przypomnienie, że ludzie i wina chodzą parami, i że pytanie, które często słyszymy: „jakie najlepsze wina w życiu piłeś?”, powinno brzmieć: „jakich najświetniejszych ludzi dzięki winu spotkałeś?”. No więc spotkałem Andrzeja.
Tak kończę tę październikową kronikę, a pod spodem – dla tych, których nie irytuje czytanie o tym, co pili inni, krótkie uwagi o tamtych sierpniowych butelkach (punkty są tylko orientacyjne; nie mają żadnego znaczenia).


Bollinger Grande Année 2002. Dégorgé w 2013, 60% pinot noir 40% chardonnay. 71% gron z siedlisk  grand cru. Dosage ok. 3 gr. Jeden z największych szampanów (a szampany zaliczam mentalnie do burgundów), jakie piłem w życiu i z pewnością najlepszy szampan Bollingera, jakiego mogłem degustować. Wielki rocznik, niebywała przejrzystość (duchowa) i czystość, idealna równowaga między owocem, dojrzałym , lecz nienarzucającym się, a budową i finiszem. Piękna rzeźba, odwzorowująca najwyższą prawdę, czymkolwiek byłaby. A w każdym razie prawdę wina. Oczywiście można wymieniać owoce, zielone jabłka, brzoskwinie, mango, grejpfrutowy finisz, ale wobec ogólnego doznania harmonii nie ma to nawet sensu. (97)

Vincent Dauvissat, La Forest chablis PC 2014. Wielkie chablis w wielkim roczniku. Niby tylko premier cru, ale ta parcela należy do najlepszych w portfolio Dauvissata i z niej od lat słynie. Styl odmienny od innej sławy chablisiańskiej, czyli braci Raveneau: mniej puszysty, podobnie jak wyżej opisany Bollinger mierzący w czyste, niekoniecznie najbardziej ekspresywne, ale najszlachetniejsze doznanie owocu i kwiatowości, podbitego oczywiście kredową i krzemienną mineralnością, która wzmacnia niepomiernie intensywność, lecz nie przenosi jej w krainę przesady. Co sprawia, że wino nie męczy swą doskonałością, nie tnie jak żyleta, lecz wciąga i czaruje. Najlepsze La Forest, jakie w życiu piłem (no, piłem trzy razy tylko) i jedno z najlepszych doświadczeń z chablis. Może nawet najlepsze. (96)

Christian Moreau, Les Clos, chablis GC 2014. Długie lata życia przed tym majstersztykiem. Świetność rocznika w pełni potwierdzona, to najlepsze wino Moreau spośród mi znanych. Chciałoby się wrócić do chwili, gdy można je było kupić w Polsce za 160 PLN. Lekko tłuste nuty beczkowe jeszcze obecne, lecz marginalne, piękne połączenie słodyczy dojrzałych owoców z kwasowością jabłek typu Granny Smith, wino oczywiście „cięższe” od poprzedniego, tym bardziej, że Les Clos jest tym grand cru, które daje winom najwięcej ciała, lecz ta potęga rozciąga się na długie trwanie dzięki głębokiemu, krzemiennemu, „muszelkowatemu”, kamienistemu finiszowi. Równie wybitne co poprzednie, choć wino Dauvissata ma ten rodzaj wdzięku plus, który rzadko się zdarza. (95)

Etienne Sauzet, Puligny-Montrachet PC Les Perrières 2008. Wino z chłodnego rocznika, sprzyjającego długości win. Chwila, w której wina Sauzeta wraz z nastaniem młodego pokolenia, zaczęły stylistycznie się zmieniać, zrzucając ciuchy i idąc w stronę obnażonej czystości. Kwiatowo-cytrynowo-kamienisty podkład, na którym rysują się kremowe wysepki. Średniej wagi, długie, bardzo stylowe. (93)

Etienne Sauzet, Bâtard-Montrachet GC 2008. Powtórka z Sauzeta na wyższym poziomie. Szczególne wino jak na takie siedlisko, znane bardziej ze swej mocy niż z finezji.  Batardy są na ogół nieco ciężkie, niełatwo się wyzwalają spod beczkowego pierścienia – jak na przykład „kultowe” wina Ramoneta. W tym przypadku wino ma dużo wigoru, który jeszcze da o sobie znać w przyszłości, kiedy w pełni rozwinie się jego długość i nuty cytrusowe jeszcze mocniej zrównoważą nuty z dojrzałego sadu, gruszek i słodkich jabłek. I kiedy znajdzie się jeszcze jakaś butelka do otwarcia. (95)


Drouhin, Marquis de Laguiche Montrachet GC 2014. Drugi raz w życiu miałem okazję pić tego wyjątkowego, legendarnego montracheta. Pierwszy raz (w innym roczniku) nie był tak emocjonujący, teraz było więcej czasu, żeby się nad winem – dla mnie winem wieczoru – skupić. Hierarchia grand cru z montrachetem w nazwie na tym polega, że sam montrachet  apogeum białych win burgundzkich - jest winem najbardziej delikatnym i finezyjnym, za nim jest chevalier-montrachet, a później kolejne criot-bâtard, bâtard i bienvenue-bâtard. Drouhin lubi koronki; jego wina są zawsze cichsze od win innych wielkich negocjantów jak Bouchard czy Jadot. Wiele słów ciśnie się na usta i każde chce być pierwsze: harmonia, finezja, nieskończoność. Idealny środek między między stabilną materią a tym, co ostatnio i modnie nazywa się flow: żywą energią, która „płynie”. (98)

Domaine de Montille, Volnay PC Taillepieds 2016. Bardzo stare krzewy, w bardzo dobrych rocznikach – 2016 do nich nie należał - w ogóle tu się nie odszypułkowuje gron, w innych częściowo. Styl historyczny słynnego ojca Huberta zreformowany przez syna Etienne`a. Zbyt młode – właściwie jedyne zdecydowanie zbyt młode wino – by je w pełni oceniać; jest sporo nut zielonych, które wnoszą szypułki – jak to u de Montille`a bywa. Po latach zieloność znika na rzecz pięknej, choć ascetycznej struktury. W tej chwili burgund dla tak zwanych tygrysów burgundzkich: tych, którzy lubią owoc lekko wycofany i lubią czuć rusztowania. Ale widać, że Etienne przydaje swoim winom więcej owocu niż ojciec. Do sprawdzenia po latach. (90+)



Henri Gouges, nuits-saint-georges PC Les Pruliers 2011. Klasyk apelacji. Dla mnie i jeszcze jednej osoby najlepsze wino czerwone wieczoru, lecz nie wszystkim aż tak się podobało. Les Pruliers to ciekawy klimat, w południowej części apelacji, jeden z lepszych. Nos delikatny, pełen świeżych owoców czerwonych, porzeczki zwłaszcza, lecz usta jeszcze lepsze: nadzwyczajnie poprowadzone, świeże, leciutko zarośnięte elastycznymi garbnikami, i fantastycznie zrównoważone. Wielka niespodzianka; wiadomo, że wina Gouge`a po latach pięknie szlachetnieją, lecz aż takiej harmonii nie oczekiwałem. Wielki burgund, mimo pełnego odszypułkowania w stylu klasycznym.  (95-6)

Drouhin, chambolle-musigny PC Les Amoureuses 2014
. Les Amoureuses to jeden z najsłynniejszych klimatów burgundzkich, który tylko przez przypadek nie otrzymał miana grand cru. 50% gron nieodszypułkowanych, styl Drouhina połączony z charakterystyką tego terroir to jak spotkanie dwóch sylwetek Giacomettiego, tak do siebie w szczupłości podobnych. Dużo kwiatów w bukiecie, porzeczek, zapach liści. Wino piórkiem rysowane, choć żadną miarą nie chude. I przede wszystkim pełne élan vital, z energią żywej rtęci. Jeśli wino Gouge`a jest jak witraż idealnie skomponowany, to wino Drouhina jest jak oddech na szybie. (94+)

Roche de Bellene, Clos de la Roche GC 2010
. Intensywne wino, łączące – jak przy tym terroir często się to zdarza - nuty ziemiste i mokrego kamienia z późnym owocem. Silne, ale gładkie, już niemal aksamitne. Długie, jeszcze nie w pełni otwarte, bardzo dobre, choć nie wbija się w pamięć jak poprzednie. (93)

Marek Bieńczyk

Marek Bieńczyk - pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.